sobota, 28 grudnia 2013

Na poświąteczne przejedzenie...

...najlepsze są proste ćwiczenia do wykonania w domu. Jest ich w sumie 37, opracowane przez LuLu Lemon Fitness Camp :) do ich wykonania nie potrzeba żadnych sprzętów. Tak więc jeśli czujecie, że ciałka po świętach przybyło tu i tam, to ten zestaw jest jak ulał, by nieco zredukować fałdki przed karnawałem ;) powodzenia!

37 łatwych ćwiczeń do wykonania w domu

niedziela, 10 listopada 2013

Zagrożenie na talerzu

Według najnowszych badań w trakcie naszego całego ludzkiego życia przez nasz organizm razem z pożywieniem przewala się od 50kg do 240kg toksyn - w zależności od świadomości żywieniowej konsumenta i produktów, jakie sobie do codziennej diety dobiera. Gdy patrzę na skład dań błyskawicznych czy innych cudów sprzedawanych w formie puszek, słoików i torebek w naszym pięknym kraju, to wiadomość ta specjalnie mnie nie dziwi i raczej wydaje mi się prawdopodobną.

W dzisiejszych czasach człowiek, który nawet je dużo, cierpi na tzw. niedożywienie jakościowe - większość produktów spożywczych jest wysokoprzetworzona i nie dostarcza takiej, jakiej powinny, ilości minerałów, witamin i pełnowartościowych białek. Za to masę substancji zbędnych i, najczęściej, szkodliwych wypełniaczy.
Prosty dowód. Jak ktoś mieszka na wsi i hoduje własne kury, może porównać wygląd, rozmiar i smak jajek. Nieprzypadkowo te z supermarketu są większe i dłużej utrzymują "świeżość" - kury są pędzone na hormonach, dodatkowo faszerowane antybiotykami... Nie pozostaje to bez wpływu na nasze zdrowie. Moja dotychczasowa współlokatorka ma dom rodzinny pod Wołowem, jej mama zawsze, gdy nas odwiedzała, przywoziła własne wyroby wędliniarskie i jajka właśnie - smak nieporównywalnie lepszy od odpowiedników ze sklepowych półek. Chyba pierwszy raz dane mi było zakosztować, jak smakuje prawdziwe jajko, dzieło kurki biegającej sobie swobodnie po podwórku i delektującej się tym, co natura podsunęła jej na zielonej trawce gospodarstwa...

Podobnie rzecz się ma w przypadku wypieków. Kiedyś wystarczyło nadmiar chleba odstawić do szafki czy przykryć serwetą, by po kilku dniach cieszyć się czerstwym pieczywem. A teraz? Czy ktoś w dzisiejszych czasach wie, jak wygląda i smakuje, jaką konsystencję ma czerstwa pajda? Dla mnie, osoby z pokolenia urodzonego w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, chleb czerstwy jest takim samym science-fiction, jak latające różowe słonie. Dziś co najwyżej po tych kilku dniach odstawienia bochenek nam spleśnieje - nieraz przed właściwym terminem przydatności. Ostatnio właśnie taka niemiła niespodzianka mi się przytrafiła, gdy kupiłam sobie chleb graham - data ważności wskazywała na 3 dni do przodu od chwili zakupu. W domu mechanicznie wzięłam kromkę, posmarowałam masłem, dodałam plaster szyneczki i pomidorka, i taką oto apetyczną kanapeczkę ugryzłam - i o mało się nie udławiłam - kto choć raz miał tego pecha, by zatopić ząbki w podpsutym produkcie, ten wie, o czym mówię...

Co jest w jedzeniu?
Źródło: FreeDigitalPhotos.net
Ale to nie koniec naszego społecznego, żywieniowego upośledzenia - za mało spożywa się błonnika, który oczyściłby jelita z niestrawionych resztek pokarmowych i złogów kałowych naszpikowanych toksynami. Polska pod tym względem znajduje się w niechlubnej czołówce. Przeciętny Polak spożywa ok. 10 gramów błonnika. A minimalna zalecana przez WHO ilość to 24g, natomiast optymalna, aby organizm funkcjonował prawidłowo, oscyluje w granicach 35-40g. Zdaniem lekarzy brytyjskich, aż ok. 70% wszelkich chorób i dolegliwości bezpośrednio lub pośrednio ma związek z jelitami i naszym odżywianiem! Ta sama ekipa ekspercka zbadała różne rodzaje trucizn produkowanych w jelicie grubym, które nieusuwane prawidłowo, przenikają do krwiobiegu. Wyróżniono aż 22 tego typu substancji. Niektóre z nich nawet w niewielkich ilościach są bardzo szkodliwe, np. urobilina, agmatyna, tioalkohol metylowy, botulina, fenol, amoniak, indol, indykan, kadaweryna, muskaryna, siarkowodór, metanotiol, krezol, kwas masłowy, putrescyna, tioglobina...

Wydaje się więc, że w dzisiejszych czasach nie da się uciec przed toksycznymi śmieciami, dostającymi się do naszych organizmów, czy tego chcemy, czy nie. Jeszcze 200 lat temu nie było wielkich fabryk, samochodów, ścieków chemicznych. Nawet, gdy uprawia się ekologiczny ogródek, nie stosuje pestycydów itd., to skąd człowiek ma mieć pewność, co spadnie z deszczem? Co wsiąknie w glebę, co przedostanie się do warzyw? Nie mamy na to wpływu.... A faktem jest, że z nieba nie spada dziś krystalicznie czysta woda - to wszystko przekłada się negatywnie na jakość pożywienia.

Dlatego zastanawia mnie - jak daleko gotowy jest posunąć się cały przemysł spożywczy, by przy jak najmniejszych nakładach finansowych osiągnąć jak największe zyski? Jak długo, zamiast udostępniać ludziom pożywienie coraz lepsze, coraz bardziej zbilansowane, uzupełnione w niezbędne dla ludzkiego zdrowia składniki - pakować się będzie z pełną świadomością i wyrachowaniem w jedzenie najgorszego rodzaju substytuty, których kumulowanie się w komórkach naszego ciała doprowadzić może w końcu do chorób, z najgroźniejszymi, czyli nowotworami, na czele?

Tak sobie myślę, że tego typu działania podchodzą pod paragraf. Bo przecież dodając do żywności wszelkiego typu rakotwórcze ścierwo, bezpośrednio, sukcesywnie powoduje się powolną utratę zdrowia milionów istnień ludzkich, a więc niejednokrotnie stopniowo się nas zabija! Ktoś powie, że tylko snuję jakieś teorie spiskowe, katastroficzne wizje, niepotrzebnie straszę... Mam na to jedną odpowiedź. Trzeba być skończonym kretynem, w dodatku głuchym i ślepym, by nie zauważać problemu.

A poniżej - kilka linków. Miłej lektury. I radzę nie przy jedzeniu - grozi poważnymi mdłościami i utratą apetytu.

.... a to zaledwie czubek góry lodowej!!!

sobota, 2 listopada 2013

Najważniejsza jest motywacja

I ten blog takim właśnie będzie dla mnie motywatorem.

W zamierzchłych czasach, gdy jeszcze chodziłam do szkoły, mając lat 13 - udało mi się zgubić nadprogramowe kilogramy. W sumie straciłam ich 14 - bez jakiejś szczególnej diety, nie brałam po prostu dokładek i dużo piłam, w tym czerwoną herbatę. Kluczem do sukcesu okazał się jednak ruch. To dzięki niemu w pół roku osiągnęłam założony cel, ćwicząc codziennie minimum godzinę. Ćwiczenia były zróżnicowane - przysiady, brzuszki, nożyce, stepper, rowerek stacjonarny, rozciąganie, joga. Aktywność fizyczna weszła mi w krew. Na studiach nieco zwolniłam swoje fitnessowe tempo, jednak nadal byłam bardzo aktywna. Zakochałam się w aquaaerobiku.

Blog o fitnessie i dietach
Źródło: FreeDigitalPhotos.net

Studia już dawno za mną, a praca w korporacji jest niesamowicie energożerna. Nadgodziny, stres, spotkania po pracy - to wszystko złożyło się na to, że nie ruszam się tyle, ile bym chciała, do czego już przyzwyczaiłam swoje ciało. Czuję się z tym źle i mam zamiar porobić w swoim planie treningowym porządki.

Więc będę się pilnować, m.in. właśnie na tym blogu. Zacznę rejestrować wszystkie wzloty i upadki. Papierowe dzienniczki odchodzą powoli do lamusa, zresztą - mając jakąkolwiek, nawet znikomą publiczność - zawsze działa to na człowieka bardziej mobilizująco.

A przy okazji notować będę różne lifestylowe tips&tricks. Pojawi się trochę psychologii, szczypta dietetycznych porad, może nawet jakieś zestawy ćwiczeniowe sobie tutaj odnotuję, by nigdzie ich nie zgubić.

Blog założony pod wpływem impulsu, tuż po powrocie z siłowi. Więc mam nadzieję, że to przeznaczenie, a nie przebłysk słomianego zapału :) w drogę!